Gwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywna
 
Z pamiętnika dowódcy okrętu „Dei Gratia” kapitana Michaela Edwardsa.
1 grudnia 1872 roku.
Gdy stałem na mostku kapitańskim w ciemni księżyca zobaczyłem kontury statku „Mary Celeste”. Z pokładu dochodziły odgłosy krzyków i pisków. W pewnej chwili wszystko ucichło i statek zniknął z horyzontu.

5 grudnia 1872 roku.
Zaginiony statek został dostrzeżony przez moją załogę. „Mary Celeste” był całkowicie opuszczony, choć znajdował się w bardzo dobrym stanie. Nie było śladów katastrofy, ani innych wydarzeń zmuszających załogę do jego opuszczenia. Znalazłem tylko jeden podejrzany trop. Brakowało jednej łodzi, którą najprawdopodobniej któryś z marynarzy uciekł.

6 grudnia 1872 roku.
Dopłynąłem do wyspy Huma, leżącej na południe od opustoszałego statku. Kiedy przybyłem do brzegu wyspy zauważyłem dzikie plemiona zamieszkujące ten piękny obszar. Byli skupieni wokół ognia. Podszedłem bliżej i zauważyłem związanego marynarza, który właśnie za chwile miał zostać spalony. Natychmiast strzeliłem ze strzelby w górę i wypłoszyłem tubylców. Podbiegłem do rozbitka. Niestety był już martwy. Jak się okazało był to dowódca „Mary Celeste” kapitan John Grant.


9 grudnia 2006 r. godz. 6.30
Usłyszałem charakterystyczny dźwięk budzika Otworzyłem oczy i zrozumiałem, że nie jestem żadnym kapitanem statku, ale uczniem klasy III a.
Ciąg dalszy przygód z pamiętnika kapitana Michaela Edwardsa nie nastąpi.