Gwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywna
 
Ostatnio byłam na operze „Straszny Dwór” Stanisława Moniuszki w reżyserii Mikołaja Grabowskiego. Wydarzenie to miło miejsce w Operze Narodowej Teatru Wielkiego w Warszawie.

Gdy kurtyny się rozsunęły ujrzałam wielu ludzi zgromadzonych wokół stołu w pięknych strojach, które zapierały dech w piersiach. Miałam wrażenie jakby aktorzy rzeczywiście zostali przeniesieni z tamtej epoki wprost na scenę teatru. Ich sposób poruszania się, gesty, mimika wszystko odpowiadało moim wyobrażeniom na temat szlachty w pierwszej połowie XVIII stulecia.
Scenografia chodź w niektórych scenach uboga, jednak w pełni oddawała nastrój miejsc, w których rozgrywała się akcja. Niektóre rekwizyty i elementy dekoracji bardzo utkwiły mi w pamięci. Moją szczególną uwagę zwróciły obrazy, oraz wielki, stary zegar w kalinowskim dworze.
Wielką wagę dla mnie jako odbiorcy miała gra świateł, dzięki niej można było się o wiele lepiej wczuć w „klimat” miejsc ukazanych w operze.
Gdy zabrzmiały pierwsze śpiewy aktorów zaimponowała mi siła ich głosów. Wypełniały one całą salę teatru, co dla mnie jako osoby nie obdarzonej talentami wokalnymi było czymś niesamowitym. Podczas siedzenia w fotelu, pod wielkim wrażeniem nagle uświadomiłam sobie, że nie rozumiem większości słów wypływających z ust śpiewaków. Momentami żałowałam, że napisy wyświetlane nad sceną dla obcokrajowców nie są w naszym ojczystym języku. Muszę z przykrością stwierdzić, że dręczyło mnie to przez całą operę. Było to dla mnie jak gruba warstwa kurzu na eksponacie w muzeum - przyćmiło całe piękno przedstawianego utworu.

Na szczęście honor opery uratowała wspaniała muzyka. Dyrygent Jacek Kaspszak pokierował dźwięki orkiestry wprost do duszy odbiorcy. Potrafił zaczarować uszy różnorodnością pięknych, zróżnicowanych dźwięków, które sprawiały, że zapominało się o wszystkim. Muzyka stała się królem i królową całej opery - rządziła zarówno widownią, jak i aktorami.

Opera ta słynie przede wszystkim z Arii Kuranta śpiewanej barytonem. Wcześniej miałam okazję usłyszeć ją w wykonaniu Bernarda Ładysza, dlatego wykonanie Adama Kruszewskiego nie zrobiło na mnie wrażenia, a raczej przyniosło rozczarowanie. Są arie, które wymagają do wykonania perfekcji i mistrzostwa, tego mi przede wszystkim zabrakło.

Końcowy Mazur okazał się wspaniałym połączeniem muzyki, scenografii, strojów, tańca, oraz śpiewu chóru. Okazał się on fenomenalnie zgraną sceną zbiorową. Wszystko było wyjątkowo harmonijne. Stroje tancerzy baletowych tworzyły nierozerwalną całość z ich ruchami – dodawały im wiele ekspresji. Światło bijące ze sceny cieszyło zarówno wzrok jak i duszę widza, przepełniało energią, która tkwi we mnie aż do tej pory. Niewątpliwie wpływ miała na to sama muzyka – ten mazur – dynamiczny, żywy i wieczny. Odtwórcy tej sceny, gdy stanęli na wprost widowni zostali pożegnani gromkimi brawami i podziwem, który trwa do dziś.

Opera „Straszny Dwór” należy do klasyki gatunku i z pewnością nie żałuję, że miałam okazję ją obejrzeć i wysłuchać. Było to dla mnie wyjątkowe przeżycie muzyczne i wizualne zapadające w pamięć.